2.7.2011 - VI Iron Triatlon - "eXtremalna Sobota 2011"
Relacja Andrzeja Majewskiego:
Nadszedł czas wyjazdu. Godzina zero już blisko! Piątek o 10 rano spotykamy się z Darkiem, pakujemy rodziny i sprzęt do samochodów i ruszamy w drogę. Darek jedzie po drugi w karierze tytuł Ironmana, ja po trzeci. W Szczecinie ma do nas dołączyć Andrzej, który mieszka w Hamburgu, z Miastka wieziemy jego rower. Rok temu Andrzej pomylił drogę i wylądował w Policach, przejechał łącznie 210 km i przeciążył ścięgno Achillesa, po jeździe musiał się wycofać. W tym roku na pewno zdobędzie upragniony tytuł Żelaźniaka.
Do hotelu dojeżdżamy bez przeszkód, meldujemy się, zostawiamy bagaże i śmigamy na pizzę (zdrowe szamanko dla sportowców J).Po obiadku pomykamy na odprawę i tam spotykamy Andrzeja z rodzinką.
Odprawa na torze kolarskim przeprowadzona wzorcowo po naszemu i po ichniemu, tak co by wszyscy załapali. Trasa w zasadzie taka jak rok wcześniej, drobna modyfikacja przy pływaniu, która nie robi wielkiej różnicy – trochę w lewo, trochę w prawo i tak pływamy cztery okrążenia, więc żaden problem. W czasie odprawy dowiaduję się, że kilka osób już się wycofało ze względu na pogodę pomimo opłaconego wpisowego. Pogoda?! Powód żeby się wycofać?! A myślałem, że Ironman to dyscyplina dla twardzieli J
Po mojemu to dodatkowe wyzwanie. Jeden z obserwatorów stwierdził, że pogoda była czwartą dyscypliną – bardzo mądry gość, święte słowa.
Po odprawie czas do hotelu. Pakujemy sprzęty do przepaków zanosimy do samochodów, rano nie będzie na to czasu. Jemy kolację i spać, bo rano o 5.00 pobudka.
Noc prawie spokojna około trzeciej nad ranem jakiś baran darł się na całe gardło: ”Leeegia, Leegia „. Myślę sobie: gdzie są kibice Pogoni? Było by miło, gdyby tak chociaż ze dwudziestu! Do pobudki już nie zmrużyłem oka. Wstaję o piątej w świetnym humorze i wciągam zimny makaron z sosem. Schodzimy na parking, na miejsce startu zawożą nas nasze kochane żony.
Przebieramy się na parkingu koło jeziora, składamy rowery i brykamy radośnie na miejsce startu. Wprowadzamy rowery do stojaków i kładziemy worki z przepakami tuż obok. Jesteśmy gotowi do startu. Schodzimy na brzeg i wskakujemy do wody, trzeba się wczuć,
nie wiemy nic o temperaturze powietrza i wody, może lepiej być w błogiej nieświadomości. O wysokościach temperatur dowiedzieliśmy się dopiero po zakończeniu zawodów. Nie miało to jednak żadnego znaczenia.
Rozmawiamy z innymi zawodnikami czekając na start. O 6.12 jest sygnał i 25 szaleńców wpada do wody, czołówka ostro rusza do przodu, my wchodzimy powoli i z godnością J.Zaczynam żabką i płynę tak przez dłuższy czas. Zakładam rozgrzewkę żabą, a później na zmianę kraul i żabcia. Planowany czas to jakaś 1h i 40 min. Andrzej szybko mnie wyprzedza, pływa żabą dużo lepiej. Deszcz cały czas pada, wiaterek nieco przeciwny, fala na szczęście niewielka. Przez półtora okrążenia, czyli ok. 1,5 km nie mogę złapać rytmu, płynę na zmianę żaba/kraul/żaba/kraul, ale nie „czuję” wody. Właściwie to trudno się dziwić po raptem sześciu treningach pływackich od ostatniego sezonu. Pod koniec drugiego kółka wchodzę na obroty, coraz dłuższe odcinki kraula, czwarte okrążenie sam kraul, trochę odrabiam straty, kończę pływanie po 1h i 32 min. Dużo lepiej niż planowałem, to chyba zasługa pianki (co prawda surfingowej, ale zawsze!).
Przebieram się, wskakuję na rower i wychodzę na drogę ruszam i gubię bidon J muszę się zatrzymać i podnieść. Jadę dalej bez szaleństw, wciągam baton i otwieram drugi, w tym momencie wypada mi z uchwytu licznik ( ale jaja J co jeszcze zgubię?), Andrzej dojeżdża do mnie (wyjechał później bo długo dłubał się z przebieraniem) podnosi licznik, podaje mi go i śmiga do przodu. Montuję licznik i jadę dalej cały czas w strugach deszczu. Lejąca się z nieba woda wcale mi nie przeszkadza, chłodek też mi pasuje, jadę w koszulce z krótkim rękawem i krótkich portkach. Wyjeżdżam na górkę do Pilchowa i tu „wiaterek” prosto na maskę, robi się naprawdę ciekawie L. Staram się pomykać 30 lub więcej, co momentami nie jest łatwe. Chwilami, kiedy nie ma wiatru jadę 34-36, żeby za moment kulać się 27-29. Ciekawe przeżycie. Rower idzie świetnie, wyprzedzam kilka osób, dojeżdżam do czołówki, ale nie wiem, który jestem. Myślę, że 5 lub 6. Do 170 km cały czas bez zmian, średnia 31,3 co w tych warunkach uważam za przyzwoity wynik. Aż tu na 170 kilometrze: „kryzys jak sraczka przychodzi znienacka”. Zarżnąłem się na wietrze, aż miło. Ciągnę się między 18 a 22. Dojeżdżam na tor kolarski i tu niespodzianka: po rowerze jestem czwarty. Bosko, co nie? Problem polega na tym, że ledwo ściągam się z roweru, nie mam siły na nic a szczególnie na maratonik J. Przebieram się powoli w ciuchy biegowe. W tym czasie przyjeżdża trzech następnych zawodników, którzy przebierają się w zawrotnym tempie i bujają na trasę biegową jak młode źrebaczki J. Moje przebieranie trwa nadal. Zrobiłem sobie niespodziankę! Spakowałem tylko jedne skarpety. Przeczuwam kłopoty z nogami (mokrymi, bardzo mokrymi!).Przebrany zjadam kilka wafelków, kanapkę, spijam kawólca i po trwającej 15 min przerwie ruszam pobiegać. Od samego początku marszobieg, jem i piję na punkcie przy początku pętli. Zaczynam drugą rundkę i spotykam Andrzeja, biegniemy razem więcej niż jedno kółko, później Andrzej przyspiesza, ja dalej swoim rytmem. Po czwartym okrążeniu zaczynają się odzywać nóżki. Czuję, że stopy są odparzone. Z kilometra na kilometr jest coraz gorzej, jednak konsekwentnie trzymam ślimacze tempo. Bieg, marsz, bieg, marsz i doczłapuję się do Andrzeja. Znowu czołgamy się razem. W połowie mojego piątego okrążenia dobiega do nas Darek. Miastko znowu razem! Po szóstym kółku bujam na nawrotkę, chłopaki robią dalej swoje. Udaje mi się trzymać kalekie tempo do samego końca. Na metę wpadam o 19.23, jestem 10 , moje dzieci i żonka przebiegają ze mną ostatnie sto metrów. Jestem szczęśliwy!!! Czas 13.11 nie zachwyca. Nie jest to nawet życiówka, ale w tych warunkach to duuuża radocha !
Dzięki wielkie organizatoromom za kolejną super imprezę! Dzięki wolontariuszom za opiekę, pomoc i wsparcie na wszystkich punktach!
Pozdrawim!!! Do zobaczyska za rok!!!